Strefa myśli

baner świadectwa

Świadectwa

Każdy człowiek ma swoją opowieść. Świadectwo życia częściej przemawia bardziej niż najbardziej wyszukana i fantazyjna myśl czy wypowiedziana mądrość. Świadectwo wiary jest owocem spotkania z Jezusem i ukazaniem jego działania w życiu. Zamknięciem jakiegoś etapu i ukazaniem zmiany, która ma swoje źródło w łasce, której doświadczamy. 

Camino z pasją – ksiądz w drodze do Santiago - część III

Autor: ks. Jerzy Stolczyk
Data publikacji: 23 Styczeń 2017

Camino Portogese: Lizbona, Fatima – Coimbra – Porto – Santiago (Fisterra)

4 sierpnia – 26 sierpnia 2016

„Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca… i poślubię cię sobie znowu na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie, a poznasz Pana” (Oz 2,16.21-22). Czuję radość, czytając ten tekst. Camino, a więc droga, wyprowadza na pustynię. 

Dzień 5. FATIMA – MONTE REAL (36 km)

9 sierpnia, wtorek

Budzimy się po piątej rano. W pół godziny jestem na placu, przed kaplicą Matki Bożej. O szóstej dołączam się do koncelebry i sprawujemy Mszę św. Przewodniczy ksiądz z Korei (odprawia mszę dla swoich pielgrzymów). To prawda, jaki świat jest mały! Spotykam tu naszą parafiankę, która jest w Fatimie przejazdem. Urok chwil przyćmiewa wiadomość o szalejących pożarach. Kiedy jemy w barze śniadanie, aż tutaj czujemy swąd pogorzeliska.

Pogoda na razie jak dla pielgrzymów wyjątkowo sprzyjająca. Wieje lekki, chłodny wiatr – oby dodał nam dzisiaj sił. Przychodzi mi na myśl prorok Eliasz: „Pan nie przyszedł w wichrze, ale w lekkim powiewie wiatru”. 

Pod koniec dnia przyjdzie nam wędrować wzdłuż pól, wśród kukurydzy, papryki i pomidorów. A że pola są tu intensywnie nawadniane, można podziwiać, jak wszystko pięknie rośnie. Akurat trafiamy na zbiór papryki, jej zapach unosi się w powietrzu. Nad naszymi głowami przelatują samoloty wojskowe F16. Nic dziwnego, mają w pobliżu swoją bazę.

Dzisiaj temperatura spada chyba o jakieś 10 stopni. Może dlatego w dobrej kondycji przychodzimy o siedemnastej na nocleg. Jemy smaczną kolację – kebab z mnóstwem warzyw (tu smakują zupełnie inaczej niż u nas!). Do tego zimna sangria z owocami. W hotelu cicho, wygodnie. Nadchodzi spokojna noc, dobrze przespana.

Dzień 6. MONTE REAL – POMBAL  (26 km)

10 sierpnia, środa

Zgubiłem mój dziennik! Pieczołowicie prowadzony przez kilka dni. Będę musiał odtwarzać wszystko z pamięci i z pomocą Sławka. Ale nie tylko to straciłem – oprócz dziennika zostawiłem w barze okulary do czytania...

Jemy w hostelu obfite śniadanie i wychodzimy. Jest po ósmej. Droga dość przyjemna, wędrujemy asfaltem, ale i ścieżką, to żwirową, to znów leśną. Przechodzimy przez lasy eukaliptusowe i sosnowe, które wydają miłą woń. Spotykamy lasy korkowe. Te niezwykłe drzewa to wielki skarb Portugalii, która jest już chyba liderem na świecie w ich uprawie. Zbiera się korę drzew raz na kilka lat i wyrabia się z niej korki do wina oraz inne przedmioty – torebki, kapelusze, nawet buty. Przyglądam się drzewom owocowym: pomarańcze, cytryny, morele, winogrona, kiwi... Można powiedzieć, że te ostatnie rosną jak winogrona, tyle tylko, że są dużo większe. Wszystkie owoce kuszą swoją obecnością, ale... po pierwsze nie są jeszcze dojrzałe, a po drugie –  siódme przykazanie: nie kradnij! A więc pozostaje tylko podziwiać.

Przez pierwsze cztery dni pogoda była wręcz afrykańska. Któregoś razu termometr o godzinie 19.30 wyświetlił w cieniu temperaturę 40 stopni. W ciągu dnia mogło być nawet 50 stopni. Mimo takiego gorąca czuję się nawet dobrze i nie mam większego problemu podczas marszu. Gorzej znosi to mój towarzysz, Sławek. Podczas upałów nie widzimy w ogóle ludzi – ani na ulicach, ani wokół domów. Wszyscy chowają się w mieszkaniach albo popijają w barach zimne napoje. Teraz, po przejściu 26 km czekamy w Pombal na autobus. Jutro mamy podejść wcześniej do Coimbry, dawnej stolicy Portugalii.

Do trzynastej temperatura jest znośna, jednak przez ostatnie dwie godziny słońce grzeje już naprawdę ostro. Siedząc na dworcu, prawie zasypiam, więc odkładam moje pisanie, bo nic z tego nie wychodzi. Sławek znajduje dobre połączenie. Pojedziemy kilka przystanków do Coimbry pociągiem. Stamtąd będziemy się starali dostać do Condeixa. Z tego, co wyszukuje Sławek, wynika, że zanocujemy w hostelu.

Jest już wpół do szóstej wieczorem, a temperatura nadal 31 stopni. A więc jedziemy, mijamy piękne winnice, czas płynie przyjemnie. Pociąg ma klimatyzację, możemy trochę odpocząć. Chwila zapomnienia o trudzie pielgrzymowania.

Wszystko co dobre, szybko się kończy. W Coimbrze nadchodzi krytyczny moment. Nie potrafimy znaleźć dworca autobusowego. Za chwilę kolejny problem: nie jesteśmy w stanie dogadać się z Portugalczykami. Nie mamy pojęcia, skąd i kiedy odjeżdża autobus... Na szczęście docieramy w końcu do Condeixy. Jest późno, więc idziemy na kolację do restauracji (tym razem kurczak z ryżem i warzywami).

Kościół znów zamknięty, więc Eucharystię sprawuję na koniec dnia w pokoju hotelowym. Telewizja nieustająco podaje informacje o pożarach, które trawią lasy i domy na Maderze, a także w okolicy Porto. A przecież to właśnie tam mamy dotrzeć za kilka dni.

Dzień 7. CONDEIXA – COIMBRA (20 km)

11 sierpnia, czwartek

„A Ty, Betlejem, Efrata, najmniejsze jesteś spośród plemion judzkich! Z ciebie mi wyjdzie Ten, który będzie władał w Izraelu”. Te słowa od początku dnia są w moich myślach...

Dzisiaj wspomnienie św. Klary. Rano udajemy się do miejscowości Conimbriga. Znajdują się tu ruiny rzymskiego miasta, odkryte ponad pięćdziesiąt lat temu. Dobrze byłoby zobaczyć. Sławek wypatrzył w swoim tablecie, że muzeum otwierają od dziewiątej. Szybko opuszczamy hostel i dalej w drogę. Zegar na wieży miejscowego kościoła wygrywa melodię pieśni „Z dalekiej Fatimy”. Na jej dźwięk serce zaczyna mi mocniej bić. Dochodzimy do celu, ale okazuje się, że muzeum jest czynne dopiero od dziesiątej. No cóż, poczekamy.

Rzeczywiście, to, co widzimy po kilku dniach drogi, przerasta nasze oczekiwania. Wspaniałe mozaiki, tunele, termy... Niesamowite. Są tu niewielkie fragmenty bazyliki wczesnochrześcijańskiej, prawdopodobnie z baptysterium, czyli chrzcielnicą. W czasie prac archeologicznych, rozpoczętych w latach 60. ubiegłego wieku, odnaleziono wiele ciekawych, cennych przedmiotów codziennego użytku, które można oglądać w drugiej części muzeum. Jestem pod wielkim wrażeniem misternie rzeźbionego kamienia. To coś jak praca naszych koronkarek z Koniakowa. Trudno oprzeć się takiemu skojarzeniu, patrząc na niezwykłe znalezisko.

Robimy niewielkie zakupy. Tuż po dwunastej na ławeczce pierwszy posiłek tego dnia. Do Coimbry tylko 8,5 km! Po drodze mijamy wioskę, w której podziwiamy całe kolekcje azulejos, płytek ceramicznych na domach. Przedstawiają postać Matki Bożej Bolesnej trzymającej ciało Jezusa przed złożeniem do grobu. Portugalczycy plastycznie i bezpośrednio wyrażają swoją wiarę.

Znów naszym oczom ukazuje się żółta strzałka. Muszla jakubowa! Widzimy je po raz pierwszy od momentu, gdy zmieniliśmy kierunek, wędrując do Fatimy. A więc wracamy na szlak św. Jakuba. Dobra wiadomość. Patrząc na znajome znaki, od razu czuję się na swoim miejscu. To one zaprowadzą nas do Santiago.

Pielgrzymi od wieków dokładnie tędy wędrują ze swoimi intencjami. Droga jest jakby uświęcona regularnym rytmem modlitwy i nieustającą pątniczą obecnością. Niestety, w ostatnich latach rzadziej słychać tu odgłos stąpania utrudzonych stóp. Coraz mniej ludzi przemierza ten szlak. Pielgrzymi chętniej wybierają inną drogę, od strony Porto. Tam znajdują lepsze oznaczenia, wita ich więcej schronisk.

Tuż przed Godziną Miłosierdzia podchodzimy do Coimbry, odmawiając koronkę do Miłosierdzia Bożego. Tak modlimy się niemal każdego dnia, gdy nasze dzienne wędrowanie dobiega końca.

Z oddali widać już stary, potężny klasztor. Zajmuje całe wzgórze, po tej stronie rzeki Mondego. W mieście liczącym blisko 150 tysięcy mieszkańców znajduje się też najstarszy uniwersytet w Portugalii, założony w 1290 roku. Uczelnia góruje nad miastem po drugiej stronie rzeki. Coimbra to zarazem dawna stolica Portugalii i najważniejszy ośrodek życia akademickiego w tym kraju. Znajomej pątniczka Barbara informuje nas, że właśnie w tym klasztorze znajduje się albergue, schronisko dla pielgrzymów, które warto odwiedzić, ponieważ są tu dobre warunki do wypoczynku. Schronisko jest czynne dopiero od 2014 roku, więc dociera tu na razie niewielu pielgrzymów. 

Dzisiaj, jak wspominałem na początku, wspomnienie św. Klary. I pewnie nieprzypadkowo na bramie wejściowej schroniska wita nas właśnie Ona. Od strony podwórka przygotowano specjalne pomieszczenia, osobno dla kobiet i mężczyzn. Nocleg kosztuje osiem euro. Po południu jesteśmy już naprawdę głodni! Próbowaliśmy znaleźć restaurację, ale w Portugalii czy w Hiszpanii przed godziną dziewiętnastą nigdzie nie można dostać obiadu. To dla nas nowa lekcja. Na szczęście naprzeciwko schroniska, w barze, zjemy smaczne i ciepłe kanapki, które całkowicie zaspokoją nasz głód i wystarczą za cały obiad. W kościele, który jest sanktuarium albo św. Izabeli (po portugalsku), albo św. Elżbiety Aragońskiej (Elżbiety – po katalońsku) odprawiam Mszę św. Jest godzina osiemnasta.

Św. Izabela była królową Portugalii przez czterdzieści trzy lata (XIII–XIV w.) oraz tercjarką franciszkańską. Tak jak nasza św. Jadwiga, królowa, chętnie pomagała ubogim. Pięćset lat temu została beatyfikowana, a potem, w 1625 roku, kanonizowana. Jest pochowana w Coimbrze, a jej grób, pięknie, bogato złocony, jest miejscem licznych cudów. Podczas sprawowania Eucharystii czuję wielką radość i wdzięczność. Dziękuję Opatrzności Bożej, że doprowadziła nas do tego szczególnego miejsca. Po Mszy św. można jeszcze przez chwilę nacieszyć oko wspaniałymi widokami we wnętrzu sanktuarium. Po wyjściu z kościoła niepokoi jednak całkiem inna sceneria – unosząca się na niebie smuga dymu. Niedaleko stąd znowu wybuchł pożar. Dym zakrywa miasto. Wiemy, że media od kilku dni donoszą o pożarach w okolicy Porto. Czy uda się nam przejść nasze Camino?

Sławek wraca do albergue, a ja wyruszam na zwiedzanie miasta, po drugiej stronie rzeki. Wspinam się na samą górę i ze zdziwieniem stwierdzam, że to żaden wyczyn. Patrzę na wieczorne niebo nad miastem.  Blask zachodzącego słońca odbija się w rzece Mondego. Imponujący widok. W miejscowym punkcie turystycznym mogę zaczerpnąć trochę wiadomości na temat dalszej drogi do Santiago. Wracając, robię jeszcze drobne zakupy. I cieszę się smakiem pysznych lodów (pierwsze i jedyne na Camino!).

W schronisku zastanawiamy się nad planem B. Którędy iść, jeśli pożary uniemożliwią nam dalsze pielgrzymowanie przez Porto? Zawsze muszą być jakieś trudności. Zewnętrzne albo pogodowe, albo duchowe. Pamiętam, jak na drugim moim Camino – del Norte – doskwierał deszcz, zimno i przejmujący wiatr, a w pewnym momencie nastąpiła powódź! Tak fatalna pogoda utrzymywała się prawie tydzień. Teraz problemem jest trawiący wszystko ogień. Odpoczynek zakłócają też inne niedogodności. Upodobały mnie sobie komary. Tutaj jest dosłownie plaga tych upartych stworzeń, które mocno dają mi się we znaki. Mija północ, gdy wreszcie poddaję się i zapadam w sen.

Dzień 8. COIMBRA – ANADIA (37 km)

12 sierpnia, piątek

Noc była straszna. Komary grasowały jak pershingi. Próbowałem się przykrywać śpiworem, ale tylko na krótką chwilę, bo na zewnątrz mimo nocnej pory nadal było wyjątkowo gorąco. Na krótko przed piątą rano robi się ruch w albergue. Tu po raz pierwszy spotykamy chyba z dziesięciu pielgrzymów, którzy też podążają do Santiago. Po piątej wstaję, szybko się pakuję i o 5.40 zaczynamy kolejny dzień naszego Camino Portogese.

Miasto jeszcze śpi po wieczornych wojażach w barach i kafejkach, kiedy my z modlitwą na ustach ruszamy w drogę. Takie wczesne pielgrzymowanie, jeszcze przed wschodem słońca, jest miłe, przyjemne, czasem jednak uciążliwe. Psy obszczekują nas zawzięcie i zakłócają spokój budzącego się, nowego dnia. Chociaż oddalamy się coraz bardziej od wioski, wściekle ujadają – jeden po drugim. Wychodzi z tego ciekawy „psi koncert”. Pierwszy poranny odcinek to 11 km, przekładając dzisiaj na nasz czas – ponad dwie godziny drogi. Dopiero teraz bierzemy się za śniadanie. Bułka z szynką i serem oraz zimny napój. W telewizji, niestety, znowu bezpośrednia relacja z gaszenia pożarów w naszej okolicy.

„Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Tak, to przysłowie sprawdza się w naszym pielgrzymowaniu. Dziesiąta rano, a my mamy już ponad połowę drogi za sobą. Ostatnie 7,5 km pokonuję jednak z pewnym trudem. To skutek nieprzespanej nocy, najgorszej ze wszystkich do tej pory. Paskudne komary! Mimo że warunki w schronisku były dobre, a pozostali pątnicy spokojni, nie udało się odpocząć. Biorę do ręki różaniec i kontynuując trzecią część, niebawem zapominam o zmęczeniu i znużeniu. Różaniec odmawiam półgłosem, śpiewając w rytm marszu: około 5,5 km na godzinę.

Po 7,5 km odwiedzamy bar. Odpoczywamy przy kawie, która smakuje wybornie. Telewizja kontynuuje przekaz na temat pożarów wokół. Do Mealhady tylko 4 km. Tam zrobimy drobne zakupy.

Tradycją staje się kupowanie pomarańczy. Smakują nam też wielkie i soczyste morele i zajadamy się nimi obok sklepu, siedząc w cieniu, pod parasolem. Blisko południa słońce grzeje już solidnie. W albergue w Mealhadzie dowiadujemy się, że następne schronisko będzie w miejscowości Anadia. Jest dopiero wpół do pierwszej, na nocleg zdecydowanie za wcześnie. Kusi nas to schronisko w Mealhadzie – eleganckie, czyste i puste o tej porze. Jednak ruszamy dalej. Przed nami 7 kilometrów. Odmierzam w myślach trasę. Za nami już 200 km, do Porto 250, do Santiago 342...

Przysmakiem w tym regionie jest pieczone prosię. W wielu miejscach wiszą duże reklamy, które zachęcają do skorzystania z regionalnej kuchni. Można zamówić takie danie za (bagatela...) 100 euro. W każdym miasteczku widać sterczące kominy, a to z kolei pamiątka po dawnych cegielniach. Portugalia słynie z płytek ceramicznych, tzw. azulejos. Dziś stawia się tu jednak głównie domy z betonu i szkła.

Po drodze obserwujemy wokół dymiący las. I spalone pola. Dobrze, że to tylko pogorzelisko... Te 7 km trochę się dłuży. Przechodzimy przez Anadię, ale nie znajdujemy schroniska. Słońce już dosłownie parzy, wpół do trzeciej, najgorętsza pora dnia. Łamanym hiszpańskim pytam policjanta o albergue w Anadii. Okazuje się, że przeszliśmy za daleko. Musimy zejść z trasy, by dotrzeć do schroniska. Zatrzymujemy się pod jakimś barem. Sławek już szuka planu B, gdyby okazało się, że nie mamy gdzie spać. Wchodzę do środka. Całkiem dobrze udaje mi się porozumieć z panią, która oznajmia, że nasze schronisko znajduje się zaledwie 200 m od baru, w klasztorze, gdzie siostry prowadzące ochronkę dla dzieci oferują dużą salę dla pielgrzymów zdążających do Santiago. Przed klasztorem spotykamy starszego pana, który pokazuje, którędy dojść.

Klasztor jest ogromny, mnóstwo tu różnych wejść. Niełatwo znaleźć właściwe. Wita nas serdeczna i pogodna Siostra i prowadzi do sali na górze. Schronisko okazuje się zupełnie nowe, jest czyste i... puste. Będziemy więc tutaj zupełnie sami, a to doprawdy idealne warunki do wypoczynku. Tego dnia większą uwagę zwracam na Słowo Boże.

Mocno przemawia do mnie tekst proroka Micheasza: „Powiedziano ci człowiecze, co jest dobre. I czego żąda od ciebie Pan, jeśli nie pełnienia sprawiedliwości, umiłowania życzliwości i pokornego obcowania z Bogiem twoim” (Mi 6,1-15). To słowa z dzisiejszej modlitwy brewiarzowej. Mam więc być sprawiedliwy, życzliwy i pokorny w relacji z Bogiem. Ale to nie jedyne słowa od Boga tego dnia. „Miej ufność w Panu i czyń, co dobre, a będziesz mieszkał na ziemi i żył bezpiecznie. Raduj się w Panu, a On spełni pragnienia twego serca” – podaje dziś responsorium brewiarzowe. Św. Paweł dodaje: „Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” (2 Kor 12,9-10). Słowo Boże z nieszporów mówi z kolei o zaufaniu: „Za pełną radość poczytujcie to sobie, bracia moi, ilekroć spadają na was różne doświadczenia. Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość. Wytrwałość zaś winna być dziełem doskonałym, abyście byli doskonali, nienaganni, w niczym nie wykazując braków” (Jk 1,2-4). Tym razem to sam nasz Patron i Opiekun – św. Jakub – przemawia do nas w słowach pełnych pocieszenia i zapewnienia o Bożym prowadzeniu. Jak wyraźnie, dobitnie przemawia Bóg tego dnia!

W najgorętszej porze słabniemy. Na szczęście kryzys nie trwa zbyt długo. Znajdujemy świetny i niedrogi nocleg. Koszt przystępny – tylko donativo, czyli ofiara. Bóg naprawdę czuwa nad nami. Sławka ogarnia sen, śpi spokojnie przez dwie godziny. Próbuję przysnąć, ale nadmiar wrażeń, a może zmęczenie nie pozwalają się wyciszyć. Sięgam więc po mój dziennik. 

Szliśmy dzisiaj ponad dziesięć godzin, z przerwami oczywiście, więc odpoczynek był jak najbardziej potrzebny. W klasztorze można się przespać na materacu. Kiedy mój kompan podróży się budzi, ruszamy na wieś, aby coś przekąsić. Opuszczamy nasze Centro Social S. José de Cluny i znajdujemy restaurację z kuchnią regionalną i owym słynnym w całej okolicy prosięciem. Zamawiamy mięso, ponieważ nie ma wyboru. Do pieczystego będą frytki (jak chipsy!) oraz przepyszna sałata z cebulą. Na deser plastry soczystej pomarańczy i zimne, miejscowe wino.

Telewizja podaje, że w ciągu dnia ugaszono pożar w miejscowości, w której byliśmy, czyli w Anadii. Płacimy za kolację 30 euro za dwie osoby (!), ale nocleg będzie tani, więc rachunki się wyrównają. Najważniejsze, że po długim, ciężkim od gorącego powietrza dniu zafundowaliśmy sobie solidny, choć krótki wypoczynek. Po kolacji sprawuję jeszcze Eucharystię w sali, ponieważ kościół jest, niestety, znowu zamknięty. Zapowiada się spokojna noc, bez komarów i innych obiektów latających. Przydałoby się porządnie wyspać. Ze względu na upał planujemy wstać o piątej rano. Kończy się kolejny dzień. Sięgając pamięcią do starej pieśni „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, wołam już tylko do Boga: Niech Cię nawet sen nasz chwali

 Dzień 9. ANADIA – ALBERGARIA (35 km)

13 sierpnia, sobota

Dzisiaj bijemy dwa rekordy. Po pierwsze, wyjście o 5.35. To pora, kiedy jest zupełnie ciemno, psy jak zwykle ujadają. Po drugie, pierwszy postój w Águedzie po przebyciu 16,5 km. Dzięki temu, że wyruszyliśmy przed świtem, podziwiamy kolejny raz wschód słońca.

Rankiem poczułem się, jakbym uczestniczył w marszu na orientację. Wędrowaliśmy przez las eukaliptusowy, krętymi ścieżkami, które Sławek znakomicie rozpoznawał w swoim GPS-ie. Kiedy znaleźliśmy się w Águedzie, zobaczyliśmy słynne parasole w mieście, które zostały wymyślone jako atrakcja turystyczna, aby przyciągnąć więcej gości. Jest tu nietypowy i bardzo ciekawy deptak pełen parasolek rozpiętych pomiędzy domami. W miejscowym barze zamawiamy pyszne śniadanie, na które składa się puchar soku pomarańczowego, oczywiście naturalny, i ciepła bułka z serem i szynką. A po drodze najedliśmy się też jeżyn, bo zbieraliśmy je pełnymi garściami.

Podziwiam stare i piękne rezydencje. Przemierzamy drogę, która nazywa się Estrada Real, czyli Królewska. Przy niej znajduje się źródło z 1467 roku i oryginalna, kamienna wanna z tamtego okresu. Co jakiś czas pojawiają się jako oznakowania trasy znane nam już strzałki niebieskie, które prowadzą w odwrotnym kierunku, do Fatimy. Dzisiaj 13 sierpnia, a więc dzień Matki Bożej Fatimskiej. Ściślej mówiąc, Maryja wyjątkowo nie spotkała się z Pastuszkami tego dnia, ponieważ dzieci przebywały w tym czasie w więzieniu. Matka Boża przemówiła do nich jednak 18 sierpnia (o ile dobrze pamiętam). Tego dnia odczuwam szczególną Jej opiekę.

Za miastem kupujemy smaczne owoce. Odwiedzamy w Águedzie albergue pod wezwaniem św. Antoniego, który w Portugalii jest czczony prawie na każdym miejscu. Otrzymujemy pieczątkę do naszego paszportu i ruszamy dalej. Następny postój jest dość nietypowy, bo w restauracji McDonald's, przy smacznej i niedrogiej kawie. Pomieszczenie jest klimatyzowane, więc i odpoczynek przyjemny.

Przed nami już tylko 14 km, a jest dopiero wpół do jedenastej. To oczywiście zasługa bardzo wczesnego wyjścia i Matki Bożej Fatimskiej. Jednak pod koniec dnia zaczynają się prawdziwe schody – ostre wejście na wysokie wzgórze. W tym czasie, kiedy wylewałem siódme poty, odmawiałem akurat tajemnicę różańca Wniebowstąpienie Pana Jezusa. Rozważanie tej tajemnicy jeszcze bardziej wzmacnia moją motywację i idzie mi się znacznie lepiej. Przypominam sobie miejsce, które w Ziemi Świętej jest identyfikowane z tym wydarzeniem.

Za nami 1,5 godziny drogi, więc decydujemy się na odpoczynek. Telewizja nie relacjonuje już pożarów. Oglądamy transmisję olimpiady, o której prawie zapomniałem. Dzisiaj pewnie po raz pierwszy od początku Camino mamy w południe temperaturę poniżej 30 stopni. W nocy było wyjątkowo chłodno. Po raz pierwszy wszedłem do śpiwora, bo zmarzłem!

Do miejscowości Albergaria dochodzimy przed czternastą. Niestety, schronisko będzie czynne dopiero od szesnastej. Musimy czekać ponad dwie godziny. Słońce znowu mocniej grzeje i bardzo chce się pić. Nieco zdenerwowany i zasmucony idę ze Sławkiem do sklepu po jakieś napoje, owoce. Mam wielką ochotę na arbuza! Kroję go już w sklepie i ruszamy do schroniska. Tu miła niespodzianka – opiekujący się albergue wolontariusz jest w recepcji i możemy się wprowadzić przed czasem. Jak zwykle po przyjściu robimy pranie, potem prysznic, chwila wytchnienia.

Kuchnia jest bardzo dobrze wyposażona, więc wybieram się jeszcze raz do sklepu na większe zakupy. Przygotowujemy sobie kolację, która składa się z makaronu z sosem bolognese i dużą ilością pysznych warzyw oraz zimnego białego wina, a na deser oczywiście schłodzony w lodówce arbuz (w Portugalii zupełnie inaczej smakuje mi sałata, pomidory, a zwłaszcza cebula, którą delektuję się do woli).

Po kolacji czeka nas znów radosna niespodzianka. Miejscowy kościół jest otwarty i będzie wieczorna Msza św. o godzinie 18.30. A więc idę ze Sławkiem do kościoła. To chyba dopiero trzecia Msza św. odprawiana w świątyni, pozostałe były, niestety, w schronisku i hotelu. Ksiądz Proboszcz wita mnie z radością. Jest chyba w moim wieku. Mówi, że w okolicy pracuje dwóch księży z Polski, a ornat, w którym sprawuje Eucharystię, również kupił w Polsce. We Mszy św. pomaga księdzu diakon stały, żonaty. Liturgia jest naprawdę pięknie przygotowana. Po Mszy św. wracamy do albergue i okazuje się, że w sali jesteśmy zupełnie sami. Jeden pielgrzym, mandolinista, został zakwaterowany w innym pokoju. Warunki do spania są więc idealne. Nie ma komarów, a za oknem jest nareszcie nieco chłodniej.

Tego dnia osiągnęliśmy mniej więcej półmetek drogi. Słupek pokazywał 303 km do Santiago. Słowo Boże z Listu do Hebrajczyków mówi: „Odłożywszy na bok wszelki ciężar, a przede wszystkim grzech, który nas łatwo zwodzi, patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala” (Hbr 12). Staram się każdego dnia rozważać wszystkie cztery części różańca i tajemnice naszego zbawienia – „patrząc na Jezusa”.

Dzień 10. ALBERGARIA A VELHA – GRIJÓ (36 km) 

14 sierpnia, niedziela

Dzisiaj Dzień Pański. Jak przystało na nas caminowiczów – wstajemy o piątej rano. Za pół godziny ruszamy. Od rana towarzyszy nam taka mgła, że „konie dusi”! Na zewnątrz właściwie przyjemnie, chłodno, ale psy szczekają i uganiają się za nami. Długi odcinek drogi wędrujemy przez las eukaliptusowy, który pięknie pachnie w wilgotnym, porannym powietrzu. Mijamy dwa sanktuaria maryjne. Jedno położone całkowicie w lesie, jak nasze Matemblewo. Drugie sanktuarium to Matka Boża od Kwiatów. Niestety, obydwa kościoły o tak wczesnej porze są jeszcze zamknięte.  

Wybija dziewiąta. Z kilku pobliskich świątyń jednocześnie rozlegają się dzwony zapraszające wiernych na niedzielną Eucharystię. My podążamy dalej. Pobiliśmy właśnie kolejny nasz rekord: przeszliśmy w cztery i pół godziny 22 kilometry. To tyle co z Nowego Dworu Gdańskiego do Elbląga. Odcinek, który przez cztery lata pokonywałem autobusem, kiedy dojeżdżałem do szkoły średniej! Jest niedziela i mamy szczęście – niektóre mijane po drodze kościoły są otwarte. W miejscowości Oliveira de Azeméis ludzie wychodzą właśnie po skończonej Mszy św. To okazja, aby nawiedzić Dom Boży, pięknie położony na wzgórzu. Podziwiamy fasadę kościoła pokrytą pięknym azulejos – płytkami ceramicznymi przedstawiającymi wydarzenia z życia Maryi. W kościele zwracam uwagę na figurę Matki Bożej otoczoną mnóstwem wspaniałych, żywych róż oraz... głów krowich, które wystają spomiędzy kwiatów. Przed Figurą modli się jeszcze kilkanaście osób. Dołączam do nich i proszę Maryję, byśmy mogli się posilić... W mieście wszystkie kawiarnie i bary są nieczynne, mimo że to już dziesiąta. Mijamy je, odczuwając coraz większe pragnienie. Dopiero kiedy wychodzimy z miasta, przy dużym sklepie natrafiamy na otwartą café Bolos. Możemy zjeść śniadanie – smaczna kawa americano i bułka z choriso, czyli miejscową wędliną. Dzięki, Matko Boża, za tak szybko wysłuchaną prośbę! Zaraz po śniadaniu ruszamy w dalszą drogę.

Pokonujemy kolejne 7 km, a zatem 29 km za nami, a jeszcze nie ma południa! Po drodze na wzgórzu widzimy kościół. Jest otwarty. W świątyni mała grupa wiernych oddaje chwałę Bogu. Trwa niedzielne nabożeństwo. Zdążyłem dzisiaj odmówić już dwie części różańca. Kiedy śpiewam zdrowaśki, idzie mi się rytmicznie, lekko. Patrzę na okoliczne zabudowania. Ozdobą każdego domu jest ulubiony w tych stronach święty – Antoni.

Już około godziny świeci słońce, może być ze 23 stopnie. Od dwóch dni jest jednak znacznie chłodniej i pot z czoła się nie leje, chyba że tak jak dzisiaj mamy do pokonania kilka wzgórz. W barze podczas postoju wypijam grande cerveza – duże piwo. Zaobserwowałem, że Portugalczycy, podobnie jak Hiszpanie, lubią spędzać czas w kawiarni o poranku przy małej i mocnej kawie – espresso.

Wędrujemy Via Romana, ulicą rzymską. Stoi tu most z czasów imperium. Mimo upływu lat pozostał w świetnym stanie, służy i pieszym, i samochodom.

Dostaję wiadomość od Proboszcza Katedry, że kolega, ks. Jan, podczas sobotniej Mszy św. we wspomnienie Matki Bożej Fatimskiej nawiązał do naszej wędrówki, mówiąc o pielgrzymach, którzy byli w Fatimie i teraz zdążają do Santiago. To miłe dla nas. A mnie zachęca do jeszcze bardziej żarliwej modlitwy w ich intencjach. Czas płynie teraz bardzo szybko. Osiągnęliśmy już pewnie połowę drogi.

Z miejscowości Săo Joăo da Madeira jedziemy 12 km kolejką wąskotorową pół godziny, ponieważ w pobliżu nie ma noclegu. Podczas naszego Camino lecieliśmy już samolotem, jechaliśmy pociągiem, kolejką, autobusem, a nawet taksówką (brakuje tylko statku!). Dojeżdżamy do Săo Paio de Oleiros, a stąd jeszcze 7 km na piechotę do schroniska. Jesteśmy w końcu w S. Grijó o wpół do trzeciej. Obserwujemy ponury krajobraz – spalony las. Bombeiros, strażacy, dogaszają resztki pożaru. Do albergue parafialnego jest tylko 800 m, ale wybieramy postój. To będzie chociaż chwila odpoczynku przy kawie, ponieważ jesteśmy za szybko. A schronisko i tak jest jeszcze zamknięte.

Od niedawna telewizja zamiast pożarów pokazuje relacje z olimpiady. Widać strażacy poradzili sobie z żywiołem, z którym walczyli tyle dni. Będąc jeszcze w Coimbrze, po wieczornej Mszy św. patrzyliśmy na zadymione miasto i wydawało się nam, że Camino jest zagrożone. Rozważaliśmy różne warianty, łącznie z tym, że przejedziemy ten odcinek pociągiem. Ale Opatrzność Boża czuwa nad nami i Portugalczykami.  Wszystko kończy się dobrze.

W Godzinie Miłosierdzia jesteśmy przed albergue, ale doschroniska nadal nie można wejść... Na drzwiach informacja, że dom będzie otwarty od osiemnastej. Mamy za sobą 36 km, marzymy o tym, żeby się umyć i odpocząć. Sławek zostaje i czeka pod drzwiami, ja w tym czasie udaję się do miejscowego kościoła odległego o jakieś pięćset metrów.

Świątynia robi naprawdę niezwykłe wrażenie. To sanktuarium Świętego Zbawiciela (Saint Saviour of Grijó) – sięgające 912 roku. Klasztor założyli tu augustianie. Potężna świątynia i klasztor są częściowo romańskie, gotyckie, wnętrze zaś barokowe, zdobione licznymi złoceniami. Kilka lat temu miejsce to zostało odrestaurowane. Wchodzę do świątyni, jest na szczęście otwarta. Zabudowania klasztoru o powierzchni 55 hektarów otacza historyczny, zachowany do dzisiaj, wysoki, gruby mur. Zwiedzam muzeum, krużganki i wracam do Sławka. Schronisko ciągle zamknięte! Co dalej? Idę do pobliskiej kawiarni, zasięgnę języka i poproszę o otwarcie noclegowni. Starsza Pani, bardzo życzliwa, dzwoni do opiekunów schroniska. W tym samym czasie Sławek wysyła esemesa do hospitaliero i po krótkim czasie opiekunowie są już przy drzwiach. Mija zaledwie godzina i jesteśmy uratowani!

W albergue są trzy małe sypialnie po jednym piętrowym łóżku. Zapowiada się zatem spokojna noc i bez wątpienia miły wypoczynek. Każdy z nas wybiera sobie oddzielny pokój, za jedyne 5 euro. To jak do tej pory najtańszy nocleg na naszym Camino.

Kuchnia jest dobrze wyposażona. Brakuje nam jedynie patelni, ale w plecaku mamy co nieco do jedzenia. Sławek gotuje makaron, w butelce zostało trochę oliwy. Będzie prosta i smaczna kolacja. Czekając na ciepły posiłek, jemy dwudniowe bułki, maczając je w oliwie. W drodze trzeba mieć zawsze coś na tak zwaną czarną godzinę.

Po naszej „postnej” kolacji czas na brewiarz (a nawet e-brewiarz – dzięki uprzejmości Sławka, który ma dostęp do Internetu, ponieważ w schronisku nie ma wi-fi). Sławek szuka w sieci, gdzie można by się jutro zatrzymać w Porto na nocleg. Do tego pięknego miasta, w którym byłem całkiem niedawno, bo w maju, mamy już tylko 16 km! Bogu niech będą dzięki.

W samym centrum miasta, niedaleko katedry, udaje się Sławkowi znaleźć hostel za 30 euro... Spory kontrast. Dzisiaj przynajmniej skromnie, w dodatku miło, cicho i wygodnie. Jutro przypada Uroczystość Wniebowzięcia NMP. „Jestem ubogi i nędzny, ale Pan troszczy się o mnie” – czytam w Psalmie. Te słowa naprawdę wypełniają się każdego dnia podczas Camino.

O dziewiętnastej sprawuję Eucharystię w Sanktuarium. W głównym ołtarzu znajduje się obraz przedstawiający scenę Przemienienia Pańskiego, zupełnie jak w moim rodzinnym kościele w Nowym Dworze Gdańskim. Piękna liturgia, są ministranci, śpiewa schola, zespół muzyczny gra na fletach, jest organista. To wszystko połączone z urokliwym wnętrzem daje przedsmak uczty niebieskiej. Czuję radość, ponieważ od kilku dni Msze św. sprawowałem tylko w hotelach.

Padre Antonio, proboszcz, jest też wikariuszem generalnym diecezji Porto. Zaprasza nas na jutro do Katedry. Odbędzie się uroczystość 50-lecia święceń kapłańskich Biskupa Antonio Taipy. Po Mszy św. Ksiądz Proboszcz zaprowadzi nas na kolację do miejscowej restauracji „Pięciu Przyjaciół” (Cinco Amigos). Kiedy wracamy do schroniska, okazuje się, że również nasi Hospitaliero chcą nas zaprosić do siebie na kolację. Z przykrością musimy im odmówić, ponieważ właśnie jedzie po nas Padre Antonio. Po drodze Proboszcz opowiada historię parafialnego schroniska. Otóż, to właśnie tu rodzice słynnego portugalskiego piłkarza – André Gomesa – oddali swój rodzinny dom parafii, aby służył pielgrzymom.

W restauracji jest bardzo dużo ludzi. Delektujemy się regionalną zupą, smaczną rybą i pysznym sosem, którego podstawę stanowi prażona cebula. Wyśmienita. Na deser zjadam jeszcze soczystego ananasa i dostaję kawę zbożową. Do kolacji jest oczywiście miejscowe wino. Po drodze Ksiądz Proboszcz pokazuje nam  centrum socjalne dla starszych osób, czyli dom dziennego pobytu dla sześćdziesięciu pensjonariuszy. Po kolacji wracamy do schroniska. Tu okazuje się, że mamy jeszcze jednego pielgrzyma. To pątniczka z Hongkongu. Przypomniałem sobie wtedy słowa św. Jana Pawła II, który mówił, że przyszłość Kościoła to Azja. I tak kończy się świąteczna niedziela, obfitująca w moc atrakcji i niespodzianek.

„Jestem ubogi i nędzny, ale Pan troszczy się o mnie”. Dzisiaj widać było doskonale, jak wypełnia się Boża obietnica w naszym życiu. Poza Fatimą był to – pod względem przeżyć duchowych i czysto ludzkich – jeden z najpiękniejszych dni na Camino. Czeka nas spokojna noc. Będzie cała przespana!

Dzień 11. GRIJÓ – PORTO (16 km – tylko!)

15 sierpnia, poniedziałek

Pobudka nieco późno, bo po godzinie szóstej, a o siódmej rozpoczynamy drogę do Katedry w Porto. Szlak prowadzi po „górach i dolinach”, dlatego mimo niewielu kilometrów wylewamy trochę potu.

Dzisiaj jest Uroczystość Wniebowzięcia NMP i zarazem jubileusz Biskupa w Katedrze o godzinie jedenastej. Z samego rana słyszymy strzały myśliwych w niedalekiej odległości. Wczoraj również towarzyszyły nam odgłosy polowania. Przemierzamy ten odcinek jednym rzutem. Kiedy stajemy na zabytkowym moście, mającym dwie kondygnacje, widok zapiera dech w piersiach. Panorama Porto robi wrażenie!

O godzinie dziesiątej zatrzymujemy się tuż obok Katedry w barze, na kawę i śniadanie. Mamy jeszcze pół godziny, aby wejść do Katedry. Za nami już jedenaście dni i 300 km w nogach...

Do baru wchodzi właśnie jeden z biskupów – w garniturze, z krzyżem na piersiach i mitrą pod pachą. Przyjechał na jubileusz Biskupa z Porto. Czeka w kolejce po kawę, jak wszyscy inni (niecodzienny widok, u nas jeszcze długo pewnie nie do pomyślenia). Proszę zacnego Gościa o fotografię. Chętnie i z radością przystaje na moją prośbę. Po śniadaniu udajemy się wraz z nim do Katedry. Cieszę się bardzo, bo w maju byłem tu razem z pielgrzymami, w drodze do Fatimy. Wówczas mieliśmy nieoczekiwane spotkanie z kopią figury Matki Bożej Fatimskiej, która peregrynowała po Portugalii i znalazła się właśnie w Porto. Kościół w Portugalii przygotowuje się zapewne już do setnej rocznicy objawień Matki Bożej. Atmosfera jest podniosła. Temperatura duchowa wysoka. Temperatura powietrza znacznie niższa, jedynie 18 stopni (a jeszcze kilka dni temu można było o tym tylko pomarzyć, w południe było przecież 40 stopni, a nawet więcej). Chwała Bogu za taką pogodę. Za chwilę rozpocznie się uroczysta Msza św. Orkiestra dęta ma ostatnią próbę. Czuję prawdziwą radość na myśl, że przeżyjemy kolejną piękną liturgię we wspaniałej oprawie muzycznej.

Nasz znajomy Proboszcz Antonio z Grijó wręcza Dostojnemu Jubilatowi Biskupowi Antonio figurkę Matki Bożej. Okazuje się, że Padre Antonio jest odpowiedzialny za przygotowanie jubileuszowej Eucharystii. Msza św. trwa dwie godziny, Jubilat mówi długo (zrozumiałem tylko pojedyncze zdania z homilii). Potem otrzymujemy pamiątkowe carimbo – pieczątkę do paszportu pielgrzyma.

W Katedrze spotykamy pątniczki z Warszawy, które właśnie w Porto rozpoczynają swoje Camino. Żegnamy naszego znajomego Padre Antonio i udajemy się do naszego hostelu, blisko Katedry. Choć nocleg kosztuje 30 euro, warto je dać, aby znaleźć się w centrum i mieć czas na jego obejrzenie miasta. Hostel znajduje się tuż przy wieży widokowej Igreja e Torre dos Clérigos, na którą – a jakże – wdrapywałem się w pośpiechu, będąc tutaj w kwietniu. Przyjemnie jest powrócić na dawne miejsca i utrwalić je w pamięci. Po krótkim odpoczynku idziemy  zwiedzać miasto.

Uroczystość Wniebowzięcia NMP jest dniem wolnym w Portugalii, więc w Porto są tłumy. Zwiedzanie rozpoczynamy oczywiście od niezwykłego mostu. Pogoda znakomita, a widoki z mostu wspaniałe. Przy sanktuarium dużo straganów, pełno ludzi. Po nawiedzeniu świątyni kierujemy się do kolejki, która podwozi nas do portu.

Po małym spacerze po bulwarze zatrzymujemy się na obiad nad rzeką Duero. Zamawiam zupę warzywną i sardynki (chodziły za mną od kilku dni!), a do picia zimna sangria z owocami. Wracamy przez dolny most. Po drodze kupujemy miejscowe wino – nomen omen porto, z którego słynie to miasto. W hostelu próbujemy smaku dwóch rodzajów tego regionalnego napoju. To krótki odpoczynek. Za chwilę modlitwa brewiarzowa. Czeka nas jeszcze wyjście na miasto po zachodzie słońca.

Myślę o tym, co przeżywałem podczas Mszy św. w Katedrze. Czułem, że od Matki Bożej Wniebowziętej możemy uczyć się pokory, zaufania i posłuszeństwa Bogu. Te cnoty nie są dzisiaj w cenie. Świat pokazuje zupełnie inną drogę i „wartości”.

Miasto wieczorową porą wygląda zupełnie inaczej. Wprawdzie ludzi jest pewnie tyle samo co podczas dnia, ale wszystko wydaje się inne. Nad rzeką robię kilka zdjęć i wracamy do hostelu. Wieczorem wypijam jeszcze herbatę rumiankową (tylko taka była na miejscu). Piszę o tym, bo to pierwsza herbata od blisko dwóch tygodni. Około dwudziestej trzeciej kończymy ten szczególny dzień pełen wrażeń i przeżyć duchowych, estetycznych, kulinarnych...

Część II