Strefa myśli

artykuły

Artykuły

Drodzy Bracia Kapłani pragniemy stworzyć tu miejsce, które stanie się dla Was inspiracją do przemyśleń, refleksji. Które może będzie również strefą ciekwaych odkryć lub pozwoli poszerzyć wiedzę z interesujących Was zakresów. Jednak nade wszystko niech stanie się miejscem dzielenia się kapłanów z kapłanami. Gdzie będziemy nawzajem się ubogacać, aby lepiej służyć, ale również by samemu się rozwijać i zacieśniać więź z Jezusem.

Uczę się cierpieć biedę i obfitować

Autor: Ks. Andrzej Przybylski
Data publikacji: 17 Grudzień 2014

Refleksje po lekturze książki Tomasza Halika Cierpliwość wobec Boga:

Przez chwilę próbowałem zdefiniować swoją duchowość. Mimo, że lubię charyzmatyczne uniesienia i radość z uwielbienia Boga to jednak ciągle coś mnie zatrzymuje przed łatwym wejściem w wiarę opartą na wielkich emocjach i zbiorowej ekstazie. Nie mam też wiary tak precyzyjnie i w detalach określonej, żeby nie mieć żadnych wątpliwości, znać odpowiedź na każde religijne pytanie i być skrupulatnie wiernym pismom i przepisom Kościoła.

słodycze

Gdzie więc jest moja wiara, jeśli nie jest ani nazbyt charyzmatyczna ani ściśle określona? Aż zadrżałem, czy czasem moja wiara nie jest letnia, albo jakaś nijaka. Czy może być jakaś inna droga wiary, jakiś Boży środek między charyzmatycznymi uniesieniami, a precyzją sądów i prawniczym podejściem nawet do świata ducha? Bo przecież zakochany jestem w Bogu po uszy i z każdym następnym dniem mojego życia czuję, jakbym mimo wszystko był bliżej szczytu i coś więcej rozumiał z Boga. A co najważniejsze, coraz mniej potrzebne mi są dowody na Jego istnienie, cuda, które tak wstrząsają, że trudno mieć w tym wstrząsie jakiekolwiek wątpliwości wiary. Nie dołuje mnie też ludzka słabość ludzi Boga i nawet największy grzesznik Kościoła nie jest dla mnie powodem do zwątpienia. Im dłużej żyję tym bardziej odkrywam, że jest jednak trzecia droga - pewnie dłuższa i bardziej skomplikowana- po której szło i nadal idzie wielu ludzi wiary- droga, która bezpiecznie prowadzi na szczyt komunii z Chrystusem. Na początku swojej autentycznej przygody z Jezusem uczyłem się wiary od Mertona. Właśnie w nim zachwycała mnie głębia duchowego doświadczenia osadzona w normalności. Bo Merton był mistrzem modlitwy i specjalistą od mistyki, a przy tym wszystkim otwarcie przyznawał się do błędów, a swoją zakonną drogę nazywał po prostu "wspinaczką ku Bogu". Umiał przeżywać głębokie zjednoczenie z Bogiem, a jednocześnie umiał pracować w lesie, ogrodzie, śmiać się ze swoich potknięć w zakonnym chórze i rozmawiać z miłością nawet z tymi, którzy wierzą inaczej, albo w nic nie wierzą.

Najwięcej pytań w czasie mojej seminaryjnej drogi wiary Bóg stawiał mi w eremie ojców Kamedułów na krakowskich Bielanach. Ci mnisi byli potwornie ponurzy i milczący, posępni i błąkający się w zakamarkach świątyni. Nic w nich nie było taniego, łatwego, takiego co by się chciało kupić natychmiast, co by sprawiło, że wszystkie skarby świata umiałoby się natychmiast zostawić i zostać w klasztorze. A jednak w ich ciężkości życia czuło się wielkość Boga, to, jaki On musi być wielki, skoro ci ludzie, pragną milczeć i całkowicie żyć dla Niego. Bóg kamedułów nie był Bogiem emocji, cudownych, zewnętrznych wydarzeń, ale Bogiem codziennego umierania. Paradoksalnie było w tym mnóstwo nadziei, sensu, a nawet radości. Obecność Boga ukryta w ciszy i ubóstwie, taka najczystsza obecność, najbardziej Boga i najmniej nasza. Ich reguła mówiła o cnocie stałości - życia, miejsca, wiary. Czegóż nam bardziej potrzeba nad stałość w wierze, nad taki poziom wiary, kiedy się wierzy, choćby się wszystko waliło i choćby wszystko przynosiło nadspodziewane owoce. W takiej stałości mniej ważne są wizje, emocjonalne poruszenia, jest za to ciągła, zachwycająca obecność Boga, który przecież istnieje i kocha bez względu na to, czy mamy dziś lepszy czy gorszy dzień, czy Go mniej lub bardziej czujemy i rozumiemy. Bóg po prostu jest, a oni po prostu w każdej minucie swojego życia uczyli się być z Nim.

W którymś momencie mojej duchowej drogi poznałem bliżej Karmelitankę, św. Teresę Benedyktę od Krzyża Edytę Stein. Do pięt jej nie dorastam w jej intelektualnej uczciwości i solidności, w jej poszukiwaniu prawdy i budowaniu wszystkiego na prawdzie. Ale i ona uczyła mnie tej mojej trzeciej drogi - bez egzaltacji i uniesień, z wiedzą krzyża ale i z miłością, także do Żydów. Jej karmelitańska wyprawa do siódmego pokoju zakończyła się tym, na co tak naprawdę liczyła wchodząc na drogę wiary - w komorze gazowej w Auschwitz Birkenau, nie było żadnego cudu, żadnego uniesienia - była ona, Edyta Stein pozbawiona nawet swojego zakonnego habitu i był Chrystus, też ogołocony i skazany na śmierć.

Wiem, że Bóg prowadzi każdego inną drogą. Jednym potrzebny jest nieustanny charyzmatyczny doping, innym precyzyjnie określona droga wiary, ale jest też trzecia droga - codziennego szukania Boga, radosnego przyjmowania duchowych wzlotów i pokonywania tysięcy rozterek i oschłości. Tak rozumiem też naszą drogę formacji w seminarium. Wielu z kandydatów do kapłaństwa oczekuje niekiedy duchowych cukierków, gdy tymczasem muszą się uczyć smaku razowego chleba. Ale też coraz częściej widzę jak mądrość Kościoła w formowaniu przyszłych kapłanów owocuje w życiu tych młodych ludzi, kiedy przestają być dziećmi, którymi miotają fale, a zaczynają być ludźmi dojrzałej i stałej wiary. Bo kapłan nie może być jak chorągiewka uginająca się pod powiewem emocji czy zewnętrznych okoliczności, ma być kimś, kto sam zakorzenił się już w Chrystusie i nie musi swojego drzewka wiary ciągle przesadzać na inne drogi. Bo kapłan musi ciągle uczyć się w sowim życiu cierpieć biedę i obfitować.

Na swojej drodze czuję się czasem jak wół, który może nie ma operatywność i przebiegłości cwanego lisa, ani siły i potęgi lwa, ale jego pragnieniem jest stałe, gorliwe i cierpliwe wznoszenie się ku Bogu.

Kontakt

Administrator strony

Joanna Roczyńska
kaplani@kaplani.com.pl