Strefa myśli

baner felietony

Felietony

Chcemy postrzegać świat i dzielić się tym, o czym wszyscy mówią albo tym, co osobiście staje się doświadczeniem naszego życia. Zawsze jednak przeglądając doczesność w wieczności.

Kapłańska zima

Autor: ks. Andrzej Przybyslki
Data publikacji: 02 Marzec 2015

Zima nie odpuszcza i trochę daje w kość. Wszystko pewnie dlatego, że odzwyczailiśmy się trochę od śniegu i mrozu. Za to widoki są piękne, a wokół seminarium spaceruje się jak po górskich szlakach. Mamy też sporo roboty, choć większość z niej wykonują klerycy. Wczoraj razem z braćmi z pierwszego roku wywalaliśmy śnieg z dachu, a właściwe zlodowaciałe góry śniegu. Może to bardzo niewłaściwe porównanie, ale nosząc łopaty pełne brył śnieżnych i patrząc na chłopaków rozwalających śnieżne zwaliska, przypomniałem sobie ratowników ze stolicy Haiti. 

W ciszy serca modliłem się za te tysiące ludzi przywalonych gruzem, i tych umarłych i może tych jeszcze dogorywających. Wcale się nie trzeba modlić i mówić coś pięknego o Bogu, żeby być blisko Niego.

Właściwie wszystko może być modlitwą. To ponoć Grecy podzielili życie na sacrum i profanum, ale tak właściwie to chyba tylko sztuczny i akademicki podział. Boga można uwielbiać na tysiące sposób, bo w komunii z Bogiem nie metoda, ale pamiętające serce jest najważniejsze, a człowiek nie może się oderwać od swojego serca. Rzeczy i czynności sakralne są z pewnością niezbędne dla wiary, ale one same nie działają magicznie - potrzebują jeszcze odpowiedzi naszego serca. Żyję w świecie, który przepełniony jest sacrum, ale ono niekoniecznie przepełnia do końca serca każdego z nas. Mieszkamy pod jednym dachem z Jezusem obecnym w Eucharystii, nasz dzień zaczyna się i kończy od modlitwy, a i tak, nawet w takiej atmosferze serce może zamarznąć i stwardnieć. Nie ma nic twardszego jak zamarznięte serca ludzi przyzwyczajonych do Boga. Przyzwyczajenie duchowe zamraża serce, zamyka na zaskakujące działanie Boga, ubiera Go w utarte schematy, napawa lękiem przed rzuceniem się na wiatr Ducha Świętego. Na lodzie Bóg nie może już zostawić żadnego śladu.

Odprawiałem dziś Drogę Krzyżową w zimnym kościele. Praktycznie bezmyślnie szedłem od stacji do stacji. Te same sceny, kilka pobożnych i oklepanych myśli. Trochę tak jakby to zimno zamroziło moje odczucie Boga. Dopiero przy dwunastej stacji coś we mnie drgnęło. Zacząłem myśleć o śmierci Jezusa i poszukiwać, ważnej, ale zagubionej sceny - przebicie boku Jezusa. Najpierw wydawało mi się, że ten moment zawiera się już w tajemnicy śmierci, ale przecież żołnierz przebił bok Jezusa, kiedy już było po wszystkim, kiedy już wszystko się dokonało. Po co jeszcze ranić serce trupa? Przez śmierć Jezus już zapłacił za nasze grzechy! Sprawiedliwości stało się zadość. Czy to nie wystarczy? Biedni byśmy byli, gdyby Bóg zatrzymał się na czystej sprawiedliwości.

Kiedy siostra Faustyna doświadczyła widoku piekła, była zdumiona, że pełno w nim ludzi sprawiedliwych, ale nie potrafiących kochać. Nawet ogień piekła nie potrafi rozmrozić lodu ich serca. Znam dużo ludzi całkiem sprawiedliwych, nawet wierzących, ale zimnych, zamkniętych, zgorzkniałych, smutnych. Ta włócznia wbita w serce Sprawiedliwego to jak bosak rozwalający lód na rzece, żeby wypłynęła spod lodu woda życia. Może do naszego usprawiedliwienia to przebicie serca nie było już potrzebne, ale Jezus nie chciał nas tylko usprawiedliwić, chciał zapewnić nas o miłości. Grzech, który normalnie zamraża nasze serce nie zamroził serca Jezusa, a wbita włócznia wyzwoliła strumienie Jego Miłosierdzia.

Jeśli przyzwyczajenie do Boga jest największym ryzykiem zamarznięcia serca, to w pierwszej grupie tego ryzyka jesteśmy my, kapłani. Mam czasem wrażenie, że tak wiele kapłańskich serc jest skutych lodem. Zamarzają przy źródle! Źródło nie zamarza tam, gdzie jest dużo ciepła, radości i miłości. Trochę nam brakuje kapłańskiego ciepła. A tak wielu ludzi, go dziś bardzo potrzebuje. Wzrok patrzący z góry, liturgia jak musztra, kazania krzykliwe i straszące, ogłoszenia pełne wyrzutów sumienia - to pierwsze zwiastuny przymrozków. Jeszcze gorzej, gdy brakuje radości, bo cóż to za święty, co się nie uśmiecha - to święty zmarznięty. Największe mrozy przychodzą wtedy, gdy zamarza miłość, gdy się już coraz mniej kocha Boga, coraz rzadziej wychodzi z domu, żeby iść do grzeszników, gdy się już nie chce ani modlić, ani służyć, gdy się już tylko liczy pieniądze i narzeka na życie.

Ale co zrobić, gdy serce zamarzło? Pewnie każdy ma swój sposób. Ja jutro pewnie pójdę do bezdomnych, zaniosę trochę skarpet i swetrów i wierzę, że jak spojrzę w ich biedne, zmarznięte i przepite oczy to serce mi pęknie. Może to jest najprostszy sposób na kruszenie lodów - pójść do ubogich, cierpiących, samotnych? “Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym, spragnionym, nagim, chorym …?” “Cokolwiek zrobiliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście zrobili!” Nic tak nie kruszy serca, jak Jezus obecny w ubogich. Im więcej jest zamrożonych serc tym więcej będzie ludzkiej biedy! Im więcej będzie zimna w kapłańskich sercach tym mniej ludzi będzie chciało ogrzać się w Kościele.

Kontakt

Administrator strony

Joanna Roczyńska
kaplani@kaplani.com.pl