Strefa myśli

artykuły

Artykuły

Drodzy Bracia Kapłani pragniemy stworzyć tu miejsce, które stanie się dla Was inspiracją do przemyśleń, refleksji. Które może będzie również strefą ciekwaych odkryć lub pozwoli poszerzyć wiedzę z interesujących Was zakresów. Jednak nade wszystko niech stanie się miejscem dzielenia się kapłanów z kapłanami. Gdzie będziemy nawzajem się ubogacać, aby lepiej służyć, ale również by samemu się rozwijać i zacieśniać więź z Jezusem.

Bliskość i dystans

Autor: PASTORES 70(1)2016
Data publikacji: 23 Styczeń 2017

Księża, diecezjalni i zakonni, podejmują różne prace. Większość z nich pracuje w parafiach, kościołach rektoralnych, sanktuariach. Sprawują sakramenty, w tym przede wszystkim odprawiają Msze i spowiadają, głoszą homilie i kazania, uczą religii, prowadzą różne grupy kościelne.

Są też jednak księża, którzy w mniejszym stopniu zajmują się bezpośrednim duszpasterstwem. Myślę o tych, którzy na pełny etat zajmują się administracją, w tym sprawami ekonomicznymi, pracują w mediach, czy też oddają się pracy dydaktyczno-naukowej w teologii, filozofii lub jeszcze jakiejś innej dziedzinie.

adoracja/lawrence op/flickrcc

Zasadniczo jednak wszyscy kapłani mają kontakt z wieloma ludźmi, którzy widzą w nich przede wszystkim kapłanów, nawet jeśli duchowny od rana do wieczora zajmuje się budowami i remontami.

Nasuwa się pytanie, jakie relacje powinien tworzyć ksiądz z innymi ludźmi, do których jest posłany z posługą kapłańską, ale także z którymi współpracuje lub załatwia różne sprawy.

Jedna z perspektyw odpowiedzi na tak postawione pytanie dotyczy kwestii bliskości i dystansu w budowanych relacjach.

Ludzki ksiądz nie z tego świata

Ludzie określają czasem księży krótkimi wyrażeniami. Mówią: „To prawdziwy ksiądz” albo „to pobożny ksiądz”. Innym tego rodzaju określeniem jest: „To naprawdę ludzki ksiądz”. W Liście do Hebrajczyków czytamy: „Każdy bowiem arcykapłan spomiędzy ludzi brany, dla ludzi jest ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga (...). Może on współczuć tym, którzy nie wiedzą i błądzą, ponieważ sam podlega słabości” (Hbr 5,1-2). A zatem ludzki ksiądz to taki, który potrafi zrozumieć słabości człowieka, to znaczy widzi w drugim nie tyle sprawę, casus, ale człowieka z jego życiem, uwarunkowaniami, ograniczeniami, a także możliwościami. Ludzie mówią: „Potraktował mnie jak człowieka”. Na przykład w kancelarii parafialnej lub konfesjonale. I nie musi to wcale oznaczać jakiejś nadmiernej pobłażliwości. Potraktować kogoś jak człowieka, to potraktować go na serio, okazać mu szacunek, również wtedy, gdy trzeba udzielić jakiegoś napomnienia. Aby być ludzkim księdzem, trzeba mieć czas dla innych – parafian, studentów, petentów, podwładnych... Ktoś powiedział, że podejrzani wydają mu się księża, którzy nie mają nigdy czasu i wciąż powtarzają, jak wiele mają do zrobienia. Kiedy mówimy o tym, aby być dla drugiego człowiekiem, nasuwa się myśl, że przecież Bóg stał się dla nas człowiekiem. Bóg stał się ludzki. Mamy być dla człowieka człowiekiem, tak jak człowiekiem stał się dla człowieka Bóg. Jezus krytykował często faryzeuszy i uczonych w Piśmie właśnie dlatego, że – schowani za przepisami prawa – nie potrafili dostrzec człowieka. Co nie znaczy, że można prawo lekceważyć. Nie! Trzeba je po ludzku stosować do konkretnych przypadków, szukając dobra człowieka. Ludzki ksiądz nie jest kimś w rodzaju urzędnika ds. religijnych, nie razi wiernych byciem prominentem, który dzierży religijną władzę.

Ludzki ksiądz to wreszcie ktoś spokojny i pogodny, kto znajduje właściwe, choć niekiedy całkiem proste słowo dla potrzebującego rady lub pociechy.

Taki ludzki kapłan odbierany jest jako ktoś bliski. Na czym jednak polega to doświadczenie bliskości? Chyba nie na tym, że ksiądz jest taki sam, jak świeccy. Zeświecczony ksiądz, nawet jeśli w pierwszym momencie może się komuś podobać, w dłuższej perspektywie okazuje się po prostu nikomu niepotrzebny. Bliskość nie polega też na byciu kumplem. Oczywiście, ksiądz może mieć tak zwanych kumpli, jak każdy mężczyzna. Ale w posłudze kapłańskiej nie chodzi o kumplostwo. Właściwą postawę prezbiterów celnie ujął soborowy dekret Presbyterorum ordinis: „Nie mogliby być sługami Chrystusa, gdyby nie byli świadkami i szafarzami innego życia niż ziemskie, lecz nie potrafiliby też służyć ludziom, gdyby były im obce warunki ich życia. Sama ich posługa w szczególny sposób wymaga, by nie upodabniali się do tego świata, równocześnie jednak domaga się, by w tym świecie żyli wśród ludzi i jako dobrzy pasterze znali swoje owce...” (3). Ludzie oczekują, że z jednej strony ksiądz będzie w stanie ich zrozumieć, wczuć się w różnego rodzaju sytuacje, a z drugiej chcą pasterza, który nie myśli jedynie na sposób ludzki. Innymi słowy, ksiądz powinien twardo stąpać po ziemi i znać życiowe problemy ludzi (być bliski), a jednocześnie być postacią trochę „nie z tej ziemi” (być inny), wskazującą na nadprzyrodzony wymiar życia człowieka, na powołanie, jakie zostało nam objawione w Jezusie Chrystusie.

Bliska świętość Jana Pawła II

Przykładem pasterza bliskiego ludziom, a zarazem świętego i w tym sensie innego, a nawet dalekiego, jest Jan Paweł II. Papież Polak był wierny swoim słynnym słowom z pierwszej encykliki Redemptor hominis: „Człowiek jest pierwszą drogą, po której winien kroczyć Kościół w wypełnianiu swojego posłannictwa, jest pierwszą i podstawową drogą Kościoła, drogą wyznaczoną przez samego Chrystusa” (14). Słowa te nie osłabiają prawdy, że Kościół jest drogą dla człowieka; nie osłabiają też prawdy, że to Chrystus jest jedyną drogą ku Bogu Ojcu. Wyrażają one natomiast to, że chrześcijaństwo nie jest ideologią stawiającą się ponad dobro konkretnego człowieka. Jan Paweł II przemawiał do tłumów, ale często czuliśmy, że przemawia do serc pojedynczych osób. Miał dar spotykania się z ludźmi, nawet jeśli były to bardzo krótkie spotkania. Wielu doświadczyło jego bliskości, by nie powiedzieć miłości. Ojcowskiej miłości kapłana, która otwiera na miłość Boga.

Jednocześnie czuliśmy w spotkaniach z Janem Pawłem II pewien dystans. Niekiedy nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. To zrozumiałe, wszak spotkania z papieżem, widzialną głową Kościoła katolickiego, nie należą do codzienności. Wielcy ludzie, nawet jeśli żadną miarą nie są wyniośli, w bezpośrednich spotkaniach nas onieśmielają. W przypadku Jana Pawła II sprawa była dużo głębsza. Wielu uważało go za świętego jeszcze kiedy żył, to znaczy za kogoś, w kim i poprzez kogo doświadczamy świętości samego Boga. Prawdziwa świętość zaś onieśmiela. Pociąga nas, fascynuje, ale jednocześnie budzi jakiś niepokój, bo samą obecnością uświadamia nam naszą słabość i grzeszność. Jan Paweł II był znakiem bliskości Boga, który jednocześnie jest Inny, Transcendentny, Święty.

Dla świata i wbrew światu

Temat kapłańskiej bliskości wiąże się z rozumieniem relacji między Kościołem i światem. Słowo „świat” jest dwuznaczne. Z jednej strony świat to stworzenie Boże, miejsce, gdzie Bóg zbawia człowieka. Św. Ignacy Loyola mówił: „Wszystko na większą chwałę Boga”, gdyż był przekonany, że wszystko, co stworzone, może służyć dobru, czyli ku chwale Boga. Skoro Bóg stworzył świat, to nie ma rzeczy, które byłyby ze swej natury złe. Z drugiej strony mamy „świat” w sensie, jaki znajdujemy w pismach Apostoła Jana. „Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie. Jeśli ktoś miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca” (1 J 2,15). Słowo „świat” oznacza tutaj to wszystko, co sprzeciwia się Bogu i w tym sensie jest domeną diabła. Tę dwuznaczność świata widzimy w historii Jezusa. Bóg staje się człowiekiem, przychodzi na ten świat, aby go zbawić. Ale świat „Go nie poznał”, „swoi Go nie przyjęli” (J 1,10-11). Chrystus wadzi się za światem, ale oddaje swe życie za zbawienie ludzi.

Ci, którzy spierają się ze światem, są niekiedy oskarżani o to, że boją się świata. Jednak często bywa na odwrót. To ludzie zakompleksieni albo karierowicze chcą zawsze przypodobać się światu, który może wesprzeć karierę, pozwolić dobrze zarobić. Taka postawa nie ma nic wspólnego z ewangeliczną otwartością i bliskością. Tymczasem Chrystusowe wadzenie się ze światem wymaga odwagi pójścia pod prąd, stanięcia w obronie niemodnych poglądów, obrony prawdy, nawet jeśli płaci się za to cenę wykluczenia. Trzeba mieć odwagę, żeby zakłamanemu światu mówić, jak jest, kiedy ten świat w odwecie może człowieka za to po prostu ukrzyżować. Jezus nie obiecywał swoim uczniom, że będą chwaleni przez największe media. Mówił coś innego: „Na świecie doznacie ucisku, ale odwagi! Jam zwyciężył świat” (J 16,33). Jezus, a potem Jego uczniowie wychodzili ku całemu światu, głosząc Ewangelię. Ale często oznaczało to także wadzenie się ze światem. Do tego stopnia, że świat zobaczył w nich wrogów i na różne sposoby ich zabijał.

Jan Paweł II wychodził do świata w swoich niezliczonych podróżach i spotkaniach, ale też niekiedy ostro spierał się ze światem, mówiąc na przykład o cywilizacji śmierci. Był za to na Zachodzie mocno krytykowany. Benedykt XVI jest dość sceptyczny w ocenie współczesnego świata. Zachęcał, by w opozycji do degenerującego się świata tworzyć centra, nurty duchowości, refleksji intelektualnej, modlitwy, liturgii, tak by ocalić i przechować dla następnych pokoleń to, co najlepsze. Franciszek stawia raczej na przyjazny dialog ze światem, ale przecież niekiedy bardzo jednoznacznie krytykuje zło, na przykład korupcję lub ideologię gender. Pasterze muszą konfrontować się z tą dwuznacznością „świata”. Z jednej strony być blisko świata, pomagać ludziom spotykać w tym świecie Boga. Z drugiej strony – jeśli trzeba – mają się z tym światem wadzić i w imieniu Boga mówić: non possumus. Przy czym każdy musi znaleźć własną drogę i brać odpowiedzialność za swoją postawę w konkretnych sytuacjach. Nie jest tak, że teraz wszyscy mamy naśladować papieża Franciszka, tak jak nie chodziło o to, by naśladować Benedykta XVI lub Jana Pawła II. Patrząc na wielkich ludzi, mamy odkrywać w sobie charyzmaty, które dał nam Bóg. A te charyzmaty są różne, zależne między innymi od cech charakteru człowieka. Niektórzy z natury są bardzo bezpośredni, łatwo nawiązują kontakty, lubią przemawiać do mas. Inni są bardziej nieśmiali, wycofani, potrzebują czasu, by okazać bliskość, i dlatego wolą kontakty kameralne. Jedni unikają sporów, bo nie lubią stresu z nimi związanego. Drudzy wchodzą w polemiki i potrafią udzielić cennej, ostrej riposty. Ksiądz, jak każdy człowiek, powinien ograniczać swe wady i rozwijać zalety, nie musi jednak udawać kogoś innego – powinien być sobą w świecie, ale ważne jest, aby to bycie sobą było jednocześnie byciem z Jezusem.

Bliskość gorliwa i roztropna

Dwie podstawowe sprawy w odnowie kapłańskich szeregów to niewątpliwie gorliwość i roztropność. I taka powinna być też kapłańska bliskość: gorliwa i roztropna. Kto jest najbliżej człowieka? Duch Święty, „którego – jak powiedział sam Jezus – świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie” (J 14,17). Duch jest bliższy nam niż my sami sobie, zna nas lepiej niż my sami siebie. Dlatego św. Paweł mówi, że gdy „nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8,26). Duch także tworzy więzi między osobami. Augustyn z Hippony uczył, że Bóg Ojciec jest tym, który kocha, Syn Boży jest kochanym, a Duch Święty jest miłością między Ojcem i Synem, miłością, która sama jest osobą. Jeśli między ludźmi jest bliskość i miłość, to znaczy, że jest między nimi Duch. Bo Duch jest samą bliskością.

Bliskość Ducha jest gorliwa. Duch bowiem nie zraża się naszą małością, grzesznością, ale wciąż puka do naszych serc, przybliża się do nas na różne sposoby, aby przez Chrystusa doprowadzić nas do Ojca. Gorliwość Ducha przejawia się między innymi w Jego ofierze, uniżeniu, kenozie. Termin „kenoza” znajdujemy w Liście do Filipian, gdzie czytamy, że Syn Boży, druga Osoba Trójcy, „ogołocił (...), uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,7-8). A na czym miałaby polegać kenoza (uniżenie) Ducha Świętego? Widzimy ją we wspólnocie Kościoła. Można dostrzec pewną analogię między misją Syna i misją Ducha. Syn Boży ogałaca siebie, ogranicza swą Boskość, przyjmując ludzką naturę i krzyżową śmierć; Duch Święty natomiast uniża siebie, samoogranicza, będąc posłanym do serc ludzi słabych i grzesznych. Tę analogię znajdujemy w Konstytucji dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II: „Jak bowiem przybrana natura ludzka służy Słowu Bożemu jako żywe narzędzie zbawienia nierozerwalnie z Nim zjednoczone, podobnie społeczny organizm Kościoła służy ożywiającemu go Duchowi Chrystusa ku wzrastaniu tego ciała” (8). Duch uniża się w czasowo-przestrzennej konkretności Kościoła i działa w instytucjach kościelnych, wiernych, sakramentach i ich jakże niedoskonałych szafarzach. Duch nie powala nas swoją mocą, ale działa w ludziach i ludzkich instytucjach gorliwie, uniżając się, wchodząc w kenozę. Bliskość, jej utrzymanie, wymaga uniżenia nie tylko od Ducha, ale także od tych, którzy chcą działać w Jego imieniu. Łatwo jest być blisko tych, z którymi się lubimy, rozumiemy, którzy nam się podobają. Ksiądz jednak nie dobiera sobie ludzi, do których jest posłany. Ma być znakiem bliskości Boga dla wszystkich, a to wymaga pokornej gorliwości w służbie Bogu i bliźnim, bez szukania własnej przyjemności.

Gorliwość może jednak stać się karykaturą samej siebie, jeśli zabraknie roztropności. Bliskość w relacjach z różnymi ludźmi wymaga roztropności, szczególnie od księży. Księga Przysłów przypomina: „Gdzie nie ma rozwagi, tam nawet gorliwość nie jest dobra; kto śpiesznie kroczy naprzód, może się potknąć” (Prz 19,2 – tłum. własne). W Katechizmie czytamy, że roztropność „kieruje (...) innymi cnotami, wskazując im zasadę i miarę” (KKK, 1806). Odnosi się to również do budowania bliskości. Bez roztropności bliskość może prowadzić do różnego rodzaju niejasnych, niezdrowych relacji. Znane są sytuacje, w których kapłan, podejmując na przykład posługę indywidualnego kierownictwa duchowego, miał jak najlepsze intencje, by okazać prowadzonej kobiecie zrozumienie i bliskość, ale doprowadzał do sytuacji, że kobieta w nim się zakochiwała, myśląc, co więcej, że z wzajemnością. Budowanie bliskości wymaga autorefleksji, jak druga osoba to rozumie. Innymi słowy, trzeba empatii, zrozumienia wrażliwości innej osoby. Jest to szczególnie ważne, kiedy mamy do czynienia z relacją pomiędzy mężczyzną (księdzem) a kobietą.

Inna nieroztropna bliskość może się pojawić na przykład w kwestiach administracyjno-gospodarczych. Zdarzało się, że ksiądz opierał się w kwestiach budów, remontów na jednej tylko osobie, z którą wszedł w bliskie relacje. Nie chodzi nawet o to, że owa osoba, obdarzona zaufaniem, może okazać się skłonna do zwyczajnych oszustw, choć i takie sytuacje się zdarzają, ale w złożonych najczęściej sprawach ekonomiczno-budowlanych warto pytać różnych ludzi i konfrontować różne opinie. W sprawach biznesowych bliskość może pomóc, ale wiąże się także z pewnymi niebezpieczeństwami, przede wszystkim z niebezpieczeństwem utraty krytycznego osądu. 

Trzy kwestie i duchowość komunii

Można by powiedzieć, że przeciwieństwem postawy bliskości jest stwarzanie dystansu, tak jak przeciwieństwem miłości jest nienawiść. Ale u Jana Apostoła znajdujemy przeciwstawienie miłości lękowi: „doskonała miłość usuwa lęk” (1 J 4,18). Może zatem przeciwieństwem bliskości jest bardziej właśnie lęk niż dystans, który nie jest z definicji rzeczą złą czy niewłaściwą. Księża – w zależności od usposobienia – są bardziej bezpośredni albo bardziej zdystansowani. Niech będą sobą, nie muszą udawać, że są kimś innym, ale ważne jest to, aby nie bali się ludzi. Lęk przed ludźmi bierze się niekiedy z kompleksów, miłości własnej, skoncentrowania na sobie. Oczywiście, istnieją sytuacje rzeczywistej niechęci, a nawet wrogości do kapłanów, które mogą doprowadzić do prześladowań, a wtedy lęk jest naturalną reakcją na niebezpieczeństwo. W każdym razie pytanie o nastawienie do ludzi powinno być stałym elementem kapłańskiego rachunku sumienia: Lubię ludzi, czy też się ich boję...

W relacjach ksiądz-świecki trzeba zwrócić uwagę na fakt, że niepotrzebny dystans bywa tworzony przez świeckich, którzy nierzadko w patrzeniu na księży kierują się stereotypami. Niektórzy w obecności księdza czują się skrępowani, nie wiedzą, o czym rozmawiać, albo wyobrażają sobie, że z księdzem wypada rozprawiać jedynie o Panu Bogu. Stereotypy na temat duchownych z jednej strony mogą prowadzić do przesadnej uniżoności, tworzenia sztucznej, pseudopobożnej atmosfery, z drugiej zaś do swego rodzaju agresji, tak jakby ktoś chciał pokazać, że „on się księdza nie boi”. Bogatego materiału mogą w tej kwestii dostarczyć doświadczenia tak zwanej kolędy. Dziwne, że do tej pory nie powstała jakaś głębsza analiza kolędowych wizyt księży w domach. W każdym razie tego rodzaju sytuacje wymagają od duszpasterza emocjonalnej dojrzałości, cierpliwości i wyczucia drugiego człowieka.

Innym jeszcze rozdziałem podjętego tematu jest bliskość i dystans w relacjach księży z biskupami, innymi księżmi, zakonnikami i zakonnicami. Nasuwa się pytanie, jak tworzyć zdrowe relacje między osobami duchownymi, które z jednej strony uwzględniają ewentualne zależności, a z drugiej stanowią świadectwo solidarności i braterstwa w Panu. Zapewne wiele jest w tym względzie do zrobienia. Zwiększenie liczby diecezji miało między innymi na celu uczynienie biskupa bliższym ludziom. Jeszcze ważniejsze jest, aby biskup był bliższy prezbiterom, aby ich znał, wymagał, ale i pomagał, by poprzez to podejmować optymalne decyzje personalne. Tymczasem można odnieść wrażenie, że w wielu przypadkach relacje między biskupami a ich księżmi są dość powierzchowne, a czas biskupa na rozmowy z nimi bardzo ograniczony. Refleksji wymagają też relacje między samymi prezbiterami. Nie brakuje przykładów autentycznej przyjaźni i współpracy kapłańskiej, ale nietrudno byłoby też znaleźć przypadki księży wyobcowanych, utrzymujących z innymi duszpasterzami jedynie bardzo formalne relacje. Inną kwestią są relacje między księżmi diecezjalnymi i zakonnymi. Niedobrze jest, kiedy jedni widzą w drugich konkurentów mogących ich czegoś pozbawić, w jakimś względzie ich ograniczyć. Chodzi o to, by diecezje widziały w obecności zakonów wzbogacenie duszpasterskiej posługi w diecezji, a jednocześnie, by zakony prowadziły swą działalność w jedności z biskupem i diecezjalnymi parafiami. To z kolei wymaga wzajemnego poznawania się, tworzenia przestrzeni spotkania, bliskości właśnie.

Temat bliskości relacji, jakie tworzą kapłani, wpisuje się w wezwanie Jana Pawła II, by „czynić Kościół domem i szkołą komunii” (NMI, 43). Papież podkreślił, że „komunia powinna być wyraźnie widoczna w relacjach między biskupami, kapłanami i diakonami, między duszpasterzami a całym Ludem Bożym, między duchowieństwem i zakonnikami, między stowarzyszeniami i ruchami kościelnymi” (NMI, 45). Przy całym wewnętrznym zróżnicowaniu Kościoła to zadanie trudne, ale niezbędne z punktu widzenia skuteczności misji Kościoła w świecie. Komunia zakłada bliskość, która szanuje jednak inność. Innymi słowy, chodzi o jedność w różnorodności. Ostateczną podstawą bliskości w inności jest we wspólnocie Kościoła Bóg w Trójcy Jedyny, w którym jest nie tylko radykalna jedność natury, ale i radykalna inność Osób. Wskazówką niech będą tutaj natchnione słowa św. Pawła: „Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój. Jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani do jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie. Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich. Każdemu zaś z nas została dana łaska według miary daru Chrystusowego” (Ef 4,3-7).

DARIUSZ KOWALCZYK SJ (ur. 1963), teolog-dogmatyk, dziekan Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. Ostatnio opublikował m.in. książki: W co wierzymy?, Czy Jezus mógł się przeziębić? Rozmowy o człowieczeństwie BogaCzy żyjemy w czasach Apokalipsy?

Artykuł pochodzi z  PASTORES 70(1)2016

Kontakt

Administrator strony

Joanna Roczyńska
kaplani@kaplani.com.pl